Skip to content

O żesz Phuket!

Maj 22, 2012

No i dotarliśmy na Phuket. Jak sama nazwa wskazuje nie ma tu nic do roboty. Wylądowaliśmy w fajnym hoteliku przy PaTong beach i na tym można by skończyć komentarz o tym miejscu. No nie dla nas takie atrakcje (raczej dla naprutych brytoli, których tez jakoś mało było – chyba się sezon kończył). Żarcie też jakies takie nietajskie. Szybka decyzja o szybkiej ucieczce. W komfortowym klimatyzowanym autobusie 😉

Postanowiliśmy etapowo przez kilka dni jechac w stronę Ko Phangan (młodsza siostra Ko Samui, bez sztucznych cycków i ADHD – ale o tem, potem). Zrobilismy sobie mały przystanek w Kuekkhak (Khao Lak). Miejscowość polecana dla rodzin i do tego po sezonie. Na 40 hoteli i ośrodków może ze 40 turystów. Z tego 20 ruskich, ale jakichś takich dziwnych, bo wiochy nie robili. Ogólnie można powiedzieć, oaza spokoju

Refleksologia, książki i żarcie (świetna sałatka z czegoś, tylko nie pamiętamy z czego, ale była zajebista – musicie spróbowac przy okajzji ;)) Główna atrakcją miejscowości była łódź partolowa, którą tsunami wyrzuciło jakiś kilometr od brzegu i która zostala tam pozostawiona jako pomnik. Pomimo poszukiwań (niezbyt co prawda starannych) nie udalo nam się jej odnaleźć. Odnależliśmy za to najnowocześniejszą stację benzynową w tym kraju, a tropikalna ulewa odnalazła nas.

No kamaaan, w porównaniu do butelki po fancie albo ręcznej pompy obsługiwanej przez babcię Wong to praktycznie dolina krzemowa 😉

Po dwóch dniach siębyczenia ładujemy się na pickupa (bardziej rozklekotana wersja białego samochodziku z kilku zdjęć powyżej) i jedziemy do większego ośrodka by dorwac rządowy autobus i dojechać do Surat Thani skąd organizuje się wyprawy promem na wyspy. Rejs jak na Azję przystało malowniczy i spektakularny

Po jakże spoconym dniu podróży i latania po dworcach lądujemy na wyspie. Nareszcie, o to nam chodziło 🙂 Morze, palmy, plaże i spokój. W porcie koleś nas wita „Hello farang” (w wolnym tłumaczeniu „Joł białasie”) na co zgodnym chórem odpowiadamy po polsku „Hello żółtku” 😉

Po dotarciu do bungalowów chcemy się rozpakować i niemiły akcent – okazuje się, że w tym cudownym rzadowym autokarze ktoś w czasie jazdy buszował w bagażniku i przeszukiwał bagaże turystów. Nam ukradli zapasowy dysk ze zdjęciami, scyzoryk i czołówkę (z Nowej Zelandii – chlip, chlip!). K…, k…, k….. Grzebali nawet w bieliźnie i podpaskach jakby tam diamenty miały być. Na szczęście zdjęcia były też na laptopie, który trzymaliśmy przy sobie.

Na szczęście sama wyspa wynagradza trudy i znoje swym urokiem, niskim stopniem skażenia turystyką i świetnym żarciem. Nalepsze w tzw. food courcie w miasteczku, u babci Chang 😉

A oto i rzeczona kucharka nad kucharki

Jedyny minus miasteczka, że trzeba załatwić skuterek, żeby tam dojechać na ten obiad. No to wzięliśmy, cudny, biało-bordowy, błyszczący, nówka-sztuka-nie-śmigany i na dojeździe do naszego hotelu gleba bo wpadliśmy w rynnę którą deszcze tropikalne wyryły w glinianej drodze. Skuter 5 rysek, ja zdrate kolano, Małżonka bez strat własnych. Do dupy z takim skuterkiem. Trzeba wymienić na jakiś bardziej obrypany, jakby się wywrotki miały powtórzyć. Oczywiscie przy wymianie długotrwałe negocjacje dotyczące straszliwych szkód i niemożności używania owego jednośladu. Po opłaceniu „frycowego” bierzemy starszy skuterek już z naszego hotelu i kontynuujemy wyprawy po wyspie. A po wyprawach – relaks

W tym raz tajski masaż kompleksowy. Fajny i relaksujący w miłej scenerii nad brzgiem morza.

Najbardziej relaksowało jak masażystka przestawała zadawac ból 😉

Niestety wszystko co dobre ma swój koniec i pewnego ranka zbieramy się na kolejny prom i autobus do Bangkoku. Jeszcze ostatnie huśtnięcie na huśtawce i w drogę

Nasz prom po drodze zbiera jeszcze trochę turystów na jednodniowe wycieczki na inne mniejsze wyspy

Tym razem nas nie okradają 😉 w podróży. Ostatni nocleg w Bangkoku, ostatnie pad-thaje i nalesniki z nutellą z ulicy, ostatnie piwko Chang, w ogóle jakos tak ostanio…

Za to przy wylocie Małżonka dostała stresa, bo lecieliśmy 30-tego, a wizę mieliśmy do 29-tego. Ale w końcu co mogli nam zrobić? Deportować? Urzędniczka na granicy nawet nie spojrzała, skoro i tak już spadamy, to co ją to w końcu obchodzi.

Główną atrakcją ostatniego dnia wyprawy był Monty Python w wersji Ukraińskiej. Wiek samolotu Aerosvitu może nie był zbyt śmieszny (raczej zmuszający do refleksji nad kruchością istnienia), za to obsługa lotniska rozbawiła nas do łez. Nikt nie może przejść z kontroli bezpieczeństwa na paszportową bez zgody Pani Ludmiły, która z każdego paszportu spisywała pasażerów w kajecie i tworzyła odręcznie listy pokładowe. Również w tymże kajecie, metodą więzienną (cztery kreski pionowe i jedna na skos) liczyła przepustowość lotniska. Masakra.

P.S. W nastepnym odcinku – podsumowanie

P.S.2 – Przepraszam za niską jakość zdjęć, ale tak nam się nie chciało, że większośc strzelaliśmy z komórek.

Reklamy

Wyścig z czasem

Luty 14, 2012

Jeszcze w Alice Springs odezwal się do nas „młodociany” poddany królowej  Beatrycze z całkiem konkretnym zapytaniem o możliwość odkupienia naszego czołgu. W związku z tym, z ciężkim sercem postanowiliśmy skompresować ostatni tydzień naszego pobytu w krainie kangurów do 5 dni. A czekało na nas 2800km i kilka miejsc wciąż do zwiedzenia.

Pierwszym z nich było Coober Peddy (w wolnym tłumaczeniu – Ciężki Wypizdówek ;)). Światowa stolica opalu. Ogólnie miejsce tak księżycowe, że na głównej ulicy kręcili filmy SciFi (najbardziej znany to Pitch Black z Vinem Dieslem). 

Na pamiątkę zostawili nawet swój statek kosmiczny. I nie tylko oni.

Były też radioaktywne garbusy z Marsa

I Ghostbustersi na cięzkim ziole

Miejscowość ogólnie mocno post-apokaliptyczna, co wychodzi na każdym kroku

Wszędzie można napotkać obraz zniszczenia i rozpadu, ale wydaje się, że to taka bardziej poza w stylu: Patrzcie jacy jesteśmy alternatywni 😉 A mogliby spokojnie posprzątać, bo przynajmniej część mieszkańców nudzi się niemiłosiernie, czego wynikiem są miejscowe dzieła sztuki współczesnej.

Skamieniały las

Przypominający klimaty Beksińsko-Bagińskie

Wernisaż autentycznej sztuki Aborygeńskiej

Taki oto Pan w kapeluszu

Oraz będąca kwintesencją górnictwa opalu Wielka Wajha (niegdyś tak wydobywało się urobek z całkiem płytkich szybów)

Do której wiodą wszelkie ścieżki (przy okazji dobrze napomknąć, że krótki spacerek ma najdłuższą strzałkę ;))

Wielka Wajha jest rzeczywiście wielka  (jakieś 10m) i góruje nad miasteczkiem. A w danym momencie nad Małżonką 😉

Żeby nie było, że to kompletna wiocha zabita deskami (a właściwie wydrążona w ziemi – mniej więcej połowa domów umieszczona jest w starych tunelach opalowych – chlodniej latem, cieplej zimą), to można się oddać przyjemności strzelania sportowego

(to chyba rodzaj terapii przeciwko ganianiu po ulicach z naładowana śrutówką;))

Jest też kino w starym dobrym amerykańskim stylu

A dla spragnionych spokoju ducha kościół (oczywiście podziemny) Piotra i Pawła

Część wystaje, ale środek jest pod ziemią

I nie jest to jedyny podziemy kościół (drugi to Serbsko-Ortodoksyjny)

Są też niezadowoleni konsumenci, nie obawiający się głosić swojego niezadowolenia (w tym przypadku z samochodu)

Sednem miasteczka jest jednak wciąż wydobycie opalu, więc okolica wygląda mniej więcej tak

Te słodkie pagórki sa usypywane przez takie wytrząsarki rozdzielające ciężki piach i kamienie od lekkich opali (opal własnie po tym się poznaje, bo nierozłupany wygląda jak zwykły kamlot)

Działalnośc ta skutkuje mnogością podobnych znaków ostrzegawczych 😉

Oczywiście tam gdzie można wwiercają się poziomo w zbocze góry, tworząc sztuczne jaskinie

Sam opal zaczyna wyglądać dopiero po obróbce. Miejscowy materiał „w standardzie” wygląda dość nieciekawie

W pobliżu Coober Peddy są jeszcze dwa miejsca warte odwiedzenia

Pierwszym jest transaustralijski płot

ktory ciągnię się stamtąd

aż tam daleko, a dokładnie przez prawie całą Australię, żeby dingo nie przełaziły na południe i nie żarły owiec

Drugą atrakcją są formacje skalno osadowe położone kilkanaście km na północ z najbardziej znaną „The Castle”

Dobre miejsce na zabawy aparatem

Ale czas w drogę, do krainy gigantycznych kangurów uganiających się za krowami 😉

Następnych kilka dni upłynęło na monotonnej jeździe po niekończących się drogach. Nuda straszna, jedynym wartym napomknięcia wydarzeniem było przebiegnięcie dwóch Emu przez drogę (tak jak wszystkie miejscowe zwierzęta – przebiegnięcie robiły w ostatniej chwili i Małżonka prawie je upolowała ;))

Dojechaliśmy na szczęście do Broken Hill i położonego nieopodal Silverton. Tym razem byl to plan zdjęciowy Mad Maxa 2. W związku z tym obowiązkowe muzeum

i klimatyczne pojazdy

i inne

Tylko hotel z dzikiego zachodu trochę nie pasował 😉

Przedostatni nocleg spędziliśmy w Cobar, gdzie mogliśmy obserwować grupę Apostołów (ptaki, które wypracowały wspólne zajmowanie się pisklakami i mieszkanie w jednym dużym gnieździe calym stadkiem)

I różowe kakadu (podobnież najpiękniejsze)

Podstawowym zadaniem w Sydney miało być sprzedanie samochodu. Jako, że mieliśmy nagranego Holendra trzeba było tylko jakoś przetrzec samochód i podstawić pod warsztat na przegląd. Umówiliśmy się jak najwcześniej się dało. Traf chciał, że był to warsztat, z którego kupiliśmy naszego Cruisera. Fakt, że samochód spisał się znakomicie i praktycznie nic podczas wyprawy się nie zepsuło. Po przeglądzie (jak rozmawialiśmy z Niderlandczykiem w trakcie przeglądu już widać było, że auto mocno go interesuje) i jeździe próbnej szybko sfinalizowaliśmy transakcję. Łącznie zakup samochodu, wszystkie przeglądy i ubezpieczenia itd. kosztowały nas około 5 razy mniej niż wynajęcie 4×4 na dwa miesiące. I ta świadomość posiadania legendarnej terenówki – bezcenne 😉

Wróciliśmy do opcji targania całego bagażu na plecach. Jeszcze tylko zakup biletu na „wakacje od wakacji”, jeszcze tylko ostatnia kolacja w Sydney i musieliśmy się żegnać z tym wspaniałym kontynentem, na który na pewno jeszcze wrócimy 😉

Następny przystanek Fukiet 😉

Gwóźdź programu

Styczeń 3, 2012

Wiem, długo nic nie było i właściwie nie mam dobrego powodu na wymówkę.

Dotarliśmy (wczesnym czerwcem) do turystycznego, geograficznego, mistycznego i cotamkolwiekjeszcze środka Australii. Jako przygrywka przed głównym daniem Kings Canyon. Tutaj dowiadujemy się z ciekawostek zawieszonych nad toaletami (tak do poczytanie przy… kontemplacji), że w ciągu ostatnich 15 lat największe opady deszczu wynosiły jakieś 800mm (w 2004 bodajże) a w ciągu ostatniego tygodnia jakieś 900 (fffffuuuuuuu……!!!!!!)

Ale co zrobić, przeżyjemy jakoś te chmury i siąpiący kapuśniak. Zwłaszcza, że sam kanion jest całkiem ciekawy, tak kolorystycznie

Tu z innym filtrem

jak i turystycznie  (prawie 3 godziny łażenia po różnych wykrotach i innych formach terenowych)

A także faunoflorystycznie. Z tych liści robi się talerze cyfry plus

A te gołąbki strasznie zapierdzielają (dlatego taki rozmazany)

A te kangury o wdzięcznej nazwie strefy zagrożonej grecką tragedią upadłością jakby proroczo srają na kwadratowo 😉

Pewnie teraz się zastanawiacie nad kształtem ich tyłków ZGADŁEM??? (pewnie, że zgadłem).

Wszystkie te składniki powodują, że kanion jest gospodarzem wielu wycieczek i warsztatów malarskich/rysunkowych. Strasznie mizernie wyglądały te wszystkie dzieciaki opatulone w śpiworki i próbujące zgarbiałymi palcami przelać na papier istotę tego miejsca. Aż z litości nie zrobiliśmy im zdjęcia 😉 Zrobiliśmy (w tym akurat przypadku Małżonka) zdjęcie czegoś bardziej wartego sfotografowania – otóż i to:

Wracając do spraw poważnych. Kanion swoją barwę zawdzięcza dużej zawartości żelaza w okolicznych skalach. Żelazo to utleniając się na powierzchni przyjmuje barwę rdzy. Za to wystarczy rozłupać każdy najmniejszy nawet kamień, żeby zobaczyć jak to naprawdę wygląda

W wersji po upierdzieleniu skały wielkości autobusu

Najdziwniejszym aspektem była obecność strusi

Ale nie samymi kanionami człowiek żyje i po noclegu w dość śmiesznym miejscu ze świetnym ciastem czekoladowym, wyruszyliśmy by zobaczyć wisienkę na torcie Australii. A żeby nie być gołosłownym co do pogody macie obraz niespodzianki o poranku (jak parkowali wieczorem to tego akwenu tam nie było)

Jak się jest w Australii to trzeba zobaczyć Uluru (czyt. Ajers Rok). Raz na tysiąc dni nie powinno tam się jechać, bo sa chmury. I potem pełna kombinatoryka, żeby te zdjęcia jakoś wyglądały.

Oczywiście pozowanie w wersji z podskokiem (praktyka by się przydała, za to można zaobserwować różnice w technicznym podejściu do zadania)

Główna ścieżka edukacyjna wiedzie nieopodal głównej ścieżki na górę. Główna ścieżka na górę jest zamknięta średnio 360 dni w roku. Zamknęli głównie z powodu kilku przypadków śmierci (ślisko tam), które według Aborygenów zakłócają ducha góry. I jest to świetne wytłumaczenie (w końcu to ich święta góra), ale oficjalnie wg władz parku ścieżka jest dostępna, ale akurat nie można (a bo to wieje, a bo to grzmi, a bo to pada – jak już wspominałem pada raz na 1000 dni). I tych akurat nie można jest 99,5% czasu. A mogliby po prostu zamknąć i dostęp tylko dla szamanów.

Swoją drogą turlanie się 300m po kamieniu może konkretnie oduczyć łażenia tam gdzie nie wolno.

Ogólne wyobrażenie wynikające ze zdjęć i filmów jest takie, że to maksymalny monolit. A tu proszę:

Fala w której można mieszkać

Albo uśmieszek wielkiej góry

Co prawda nie jest to góra, a wielgaśny kamlot (niektóre szacunki mówią o 70% pod ziemią), do tego nie jedyny i nie największy na świecie, ale co tam. Najlepsze, ze z boku jest pasiasty

I ma więcej uśmieszków (am, niam, niam…)

Zupełnie z bliska powierzchnia wygląda jak powiększenie przeżartego rdzą poloneza 😉

25 km dalej jest jeszcze jedna formacja – Kata Tjuta (czyt. De Olgas) lekko licząc 3 razy większa od Uluru i też robi wrażenie

Nazajutrz po porannej toalecie w towarzystwie oswojonego emu postanowiliśmy obejrzeć jeszcze Mount Conner (równie widokówkowy twór co Uluru)

W związku z tym udaliśmy się do oberży w Curtin Springs o wskazówki. Ku naszemu rozczarowaniu otrzymaliśmy informację, że droga 4×4 prowadząca w pobliże góry została zamknięta przez właścicieli terenu (własnie tak, góra jest prywatna) z powodu niszczenia mienia za pomocą dynamitu (miejscowe buraki) i przypadków urządzania sobie strzelnicy w postaci wypasanego tam bydła (miejscowe buraki). Mogliśmy sobie jedynie cyknąć fotkę z drogi prowadzącej nieopodal. Co za buraki…

I jeszcze jedno

Jak widać pogoda zrobiła się trochę lepsza i nawet rozważaliśmy spędzenie kolejnego dnia w Uluru, jednakże zrezygnowaliśmy i był to dobry wybór, bo znowu nadciągnęły chmury i słońce ujrzeliśmy dopiero przed samym zachodem.

Mknący cień. I jeszcze jedno zdjęcie, z cyklu MTV CRIBS – Małżonka przechodzi z sypialni do salonu 😉

 

 

 

Apokalipsa

Październik 26, 2011

W tym plaga myszy i zdechłe ryby, a zaczęło się tak niewinnie.

A to z powodu ornitologicznych obserwacji rodziny Kakadu uczącej młodego latać w stadzie i jeść jabłka stojąc na jednej nodze

Po czym trafiliśmy na podzwrotnikowy pożar buszu

A potem na zwrotnik, dokładnie Koziorożca

Zgodnie z założeniami po opuszczeniu strefy zwrotnikowej pogoda się zchrzaniła dokumentnie. Ostatnie przebłyski błękitu nieba widzieliśmy w okolicach Alice Springs, skąd wyruszyliśmy na podbój Kanionu Królów (ale to w następnym odcinku).

W Orniston Gorge szlaki „nieprzechodne” po przedłużonej porze deszczowej, again! W centrum Australii trudno w ogóle mówić o czymś takim jak pora deszczowa ale w tym roku akurat ostro popadało i zalało szlak. Na nasze szczęście szlaku nie zamknięto, ale żeby go przejść trzeba ;”pływać w zimnej wodzie, chodzić po śliskich i nierównych powierzchniach i  liczyć 2 razy tyle czasu co normalnie”. Zajebiście. Ale zirytowani trochę zamkniętymi szlakami na północy postanawiamy spróbować krótszą wersję szlaku. Trzeba tylko wyczaić, jak ominąć pierwszą przeszkodę wodną. Podstawowa myśl – żeby tylko nie musieć tędy schodzić.

Całej operacji przyglądał się czujnie dystyngowany żuraw

Szlak, ogólnie, fajny i tego, urozmaicony, fajny, fajny…

Trochę wody, dużo skał i kamieni,

ale także ciekawe rośliny

Albo takie wredne coś, co przebija z łatwością spodnie trekkingowe i skórę na łydkach i rośnie zawsze na ścieżkach, ech…

I czasami obezwładniający sztynks…

bo jak się zrobi trochę więcej wody, to życie w tych okolicach wręcz wybucha,  ale jak woda podeschnie, to następuje przyducha… i tak w kółko, bo na zdechlakach żerują bakterie, które z kolei dają żyć jakimś planktonom i innym, a na tym żerują nowe pokolenia ryb. Kanibalizm pośredni… apokalipsa!!!

Przy okazji, jak widać po naszych ubiorach w tej totalnie niewymuszonej pozie, ciągłe zagrożenie opadami (na szczęście, albo tylko przez przypadek, nie radioaktywnymi ;)) W drodze powrotnej ścieżka poprowadziła nas na szczęście górą

Co nie znaczy, że zawsze jakoś super wygodnie 😉

Ale dotarliśmy. Głównie po to, by móc wyrzucić integralną część jednego z naszych namiotów. Po miesiącu używania tropik firmy ROMAN (no, nie polecamy) poszedł w strzępy. Na szczęście drugi pasował rozmiarowo do komory romana. Romantyczny wieczór przy walentynkowym (wiem, że nie sezon) kotleciku

i koncercie dingo/wilków/kojotów (po głosie nie poznasz). A musiało być ich sporo, bo momentami było głośno.

Zmiana narratora (na Małżonkę)

Redbank Gorge – również fajny (na zdjęciu tylko końcówka, ogólnie był większy – przyp. Skrzyp)

Zatrzymujemy się na kempingu na górce, z ogniskami przy każdym miejscu, ale niestety pada i nie da rady rozpalić ogniska. Siedzimy pod plandeką i obserwujemy słodkie myszki. Łażą przy naszych nogach, włażą na siebie i ogólnie są słodkie.

2 razy mniejsze niż nasze. Jest zimno więc siedzimy w samochodzie. Po ok. 15 minutach słyszymy dziwne skrobanie i drapanie. Oho, jakaś słodka myszka nas odwiedziła. Akcja pod tytułem opróżniamy trochę samochód, Klaudi robi hałas z przodu auta ja obczajam tył, czy dziadostwo wylazło. Mysz szybko ucieka, uff 🙂 Nie zdążyliśmy się położyć – znowu skrobanie. O cholera, ile ich nalazło!!! Niestety tym razem stworzenie jest bardziej uparte i za cholerę nie chce wyjść, a spanie w namiocie nie wchodzi w grę. Leje, a przy okazji namiot nam zamókł. No nic, postanawiamy spać z myszą. Tzn. Klaudi śpi, a ja cała noc śledzę to małe dziadostwo. Bo jak tu spać jak na przednich siedzeniach łazi mysz albo próbuje wejść na łóżko!!! Ponowna akcja z wypakowaniem samochodu i nici. Kolejna noc z myszą. Nawet rewelacyjna łapka domowej roboty nie zadziałała (esky, folia aluminiowa z otrębami w muesli, podpórka z długopisu z przyczepionym sznurkiem od namiotu do pociągania gdy mysz wejdzie na folię i zaszeleści. Zaszeleściła folią, ale głupia ją jadła a nie weszła do środka po ziarenka. Mysz jest na tyle bezczelna, że pokazuje nam się w trakcie jazdy, wychodzi między deską rozdzielczą a drzwiami. Skubana śpi w desce rozdzielczej! Oj, nie chciała wyjść z tego żywa, więc trzeba zastosować bardziej drastyczne rozwiązania – pada na standardową pułapkę. W sklepie półka z pułapkami i trutkami prawie pusta. Z 6 artykułów na myszy jest tylko 1 rodzaj pułapek (firmy Hammer – po polsku Młot – przyp. tłum.). Widać jest duży popyt. Chłopak na kasie życzy nam powodzenia. Poszło szybciej niż myśleliśmy. Po 10 minutach jest po myszy (wzięła na tostowy z ziarnami – przyp. Ja). Czujemy duże zadowolenie z odniesionego sukcesu. Trzeba się tylko pilnować żeby nowej nie nałapać. (była potem jeszcze jedna, też 10 minut – przyp. Ja?)

W następnym odcinku – clou du spectacle

Gang pluszaków i Kamienie NERGALA

Październik 25, 2011

Park Nitmiluk, genialne miejsce wycieczek kajakowych. Z powodu przedłużonej pory deszczowej kajakowanie nie działa (bo krokodyle). Od dwóch lat nikt tam krokodyla nie widział k…, no nic połazimy trochę po wąwozach i rozpadlinach. W obozowisku natykamy się na sporo zwierzaków, które nie boją się ludzi, bo Australijczycy, mimo zakazów, karmią  je w najlepsze. Lepiej nie zostawiać smakołyków na wierzchu

Bo z pewnością znajdzie się na nie amator. A jak już przyciągnie Twoją uwagę będąc słodziakiem

I wdzięcznie pozując do zdjęć

To jego kumple obrobią Cię z ciastek

A potem jeszcze struga niewiniątko

Po zachodzie słońca gdy na żerowanie wychodziły całe rodziny można się było czasem o nie potknąć.

Skoro nie można kajakować to trzeba łazić. Udaliśmy się do kanionu motyli, który swoją nazwę zawdzięcza motylom (przecież, że nie stonce ziemniaczanej). 

Najlepsze atrakcje były jednak na samym końcu, gdzie kanion motyli łączył się z jeszcze większym kanionem głównym (którym spływ kajakiem pewnie by dostarczył niezapomnianych przeżyć, ale przecież krokodyle)

W oddali jedyna forma zwiedzania wodnego, czyli stateczek (średnia wieku 327 lat i 2 miesiące :)) Woleliśmy powspinać się po skałach i podziwiać widoki

Żeby nie było, że tylko ja mam takie pomysły…

I powrót do czeluści i rozpadlin

Po całym dniu zakurzenia postanowiliśmy skorzystać z orzeźwienia basenu. I nie byłby w tym nic szczególnego, gdyby nie:

1. Chmary nietoperzy właśnie się budzących do życia

2. Było grubo po zmroku

3. Woda w basenie miała jakieś 20 stopni a powietrze jakieś 13-14

4. Goście restauracji położonej nad basenem byli mocno skonsternowali 😉

Za to dno basenu było szorstkie jak pumeks i mieliśmy darmowe SPA dla stóp 😉

Następny przystanek to Devils Marbles (czyli Diabelskie Kulki), twory erozyjne ze skamieniałego błota z domieszką rudy żelaza, łatwo to popsuć ale fajnie wygląda.

A tak pod słońce

A tak w cieniu 🙂

Oczywiście są też inne formy skalne np. żaba

albo PAC-MAN

i sporo innych

I kraby oraz prawdziwe żaby, które podobnież tam potrafią kilka lat przetrwać w formie utajonej czekając na deszcz 😉

Piknik pod wiszącym basenem

Październik 24, 2011

W drodze do parku Kakadu (bo u nich papuga nazywa się Cockatoo, a park Kakadu) spotyka nas druga rutynowa kontrola policyjna – sprawdzają alkohol i dokumenty (pan policjant, że będzie szybko żeby nie gasić silnika co by nie wyłączać działania klimy, hehe, czego?). Klaudi pokazuje polskie prawo jazdy, policjant pyta o międzynarodowe lub tłumaczenie. Tłumaczenie mamy, jeszcze z Nowej Zelandii (w końcu też angielski), ale oczywiście w takim momencie „dostało nóg”. Szukamy, szukamy i w końcu policjant nas puszcza i mówi tylko żebyśmy sobie je odnaleźli. Przy okazji olewa dowód rejestracyjny, którego w ogóle nie posiadamy, bo nie rejestrowaliśmy samochodu na siebie (rachunek ekonomiczny ;)). Kontrola była powiązana mocno z okolicą, przez którą przejeżdżaliśmy. Wioski aborygeńskie – bieda, dużo dzieci w obejściach, sklepy i stacje benzynowe zakratowane, sporo zamkniętych, na stacjach tabliczki, że są pod nadzorem kamer, wszędzie tablice o zakazie wwozu alkoholu itp. Dosyć nieciekawie.

Samo Kakadu wita nas miłą niespodzianką. Z powodu przedłużonej pory mokrej i braku blankietów opłat parkowych mamy nocleg za darmo. Niedaleko nas rozbija się małżeństwo Szwajcarów. I mają szczęście, bo rankiem podpalają swoją kuchenkę. Po krótkich oględzinach placka stopionego plastiku odkrywamy, że źle zamontowali zbiornik z gazem i zawór przeciekał. Kuchenka ląduje w koszu, a my pożyczamy im naszą z instrukcją obsługi jak montować pojemnik z gazem. Ja idę pod prysznic, a Małżonka po kilkunastu minutach zostaje poproszona o pomoc, bo znowu źle zamontowali. Jak oni te zegarki robią to nie mam pojęcia 😉

Z powodu wydłużonej pory mokrej/deszczowej duża część szlaków pieszych jest zamknięta. Tak samo jak dolny staw zespołu naturalnych parków wodnych Kakadu (krokodyle podobno tam mogą chcieć się kiedyś pojawić). Ale już górna część 200m wyżej jest w pełni bezpieczna i jak się okazało na górze bajecznie położona.

Trzeba było wykorzystać przyjające warunki do mini sesji 😉

Żeby nie było, że nie robię Małżonce ładnych zdjęć 😉

A tu widok na dolny basen

I meandry skalne przy górnym

Plus efekty skakania po mokrych kamieniach

To akurat mokry kostium, a nie nadmiar wrażeń 😉

Następny kemping jest spod znaku Szalonego Rangera. Słychać go praktycznie z każdego końca polany, rzuca mase historyjek (np. że przyjechał tu na 3 dni 25 lat temu i jeszcze nie wyjechał). Gadając z rodzinką z Niemiec pyta, czy są jeszcze jacyś Niemcy w Niemczech, bo tu na miejscu mają „shitloads of Germans”. Przed nami za kemping płaci dziewczyna o nazwisku Goy. Na co ranger tłumaczy, że po aborygeńsku to jest „pieprzenie”. Nadrzeczne szlaki są ponownie zamknięte z powodu krokodyli, ale jest ścieżka naukowa z Aborygeńskimi malunkami (tym razem bardziej to wygląda jak coś) np. sobota wieczór

Albo mecz bokserski

A ten ziom to wredny demon Nabujabulhuj 😉

(całą wiedzę zawdzięczamy tej przydatnej tabliczce)

Który pożerał niewiasty zabijając/ogłuszając je wcześniej kartoflem (yam – odmiana słodkiego ziemniaka). Ale, żeby nie było zbyt ironicznie to yam wygląda tak (w rogu nasz poczciwy kartofelek)

Przyznacie, że takim czymś można zrobić krzywdę 😉

Pozostał jeszcze Bóg świerszcz. Odpowiedzialny za burze, pioruny i zniszczenie…

Z takim „sprzętem” to raczej trudno, żeby był odpowiedzialny za dokarmianie sarenek 😉

Rzut okiem na równinę i jedziemy do Ubiru

Po drodze podręcznikowy przykład skały konglomeratowej (geografia podstawówka), która wygląda jak pokruszony krzemień w betonie

Jak mnie tego uczyli, to nawet zdjęć w podręczniku nie było, tylko rysunek poglądowy, buuu….

Ubirr słynie z zachodów słońca, co widać po liczbie turystów obsiadających skały pod wieczór.

Sam zachód wygląda tak, czyli całkiem fajnie

A to w druga stronę, bo pod słońce na dłuższą metę raziło strasznie 😉

Małżonka w loży vi-aj-pi

Na ścieżkach parku różne niespodzianki

Ta była wielkości dłoni 😉

Ta była trochę większa, ale też była zupełnie gdzie indziej…

Spektakularność skał i zachodu słońca była zniwelowana tragicznością kempingu, który będąc ogólnie ok, był miejscem lęgu milionów komarów. Czegoś takiego w życiu nie widzieliśmy. Kolację i śniadanie jedliśmy pod moskitierą przyczepioną do samochodu. Z namiotu nie dało się wyjść bo w przedsionku zgromadził się krwiożerczy rój. Małżonka wyszła przy trzecim podejściu, gdy ustalona została strategia – „wypier… jak najszybciej”. Poczekaliśmy jak tylko namiot nam przeschnie i zwialiśmy z tamtej okolicy bez zwiedzania dodatkowych atrakcji. Najgorsze bo na te komary nic nie działało – można im było repelentem w nos psikać, a te tylko kichnęły i siadały centymetr dalej na wypsikanym ciele. Ładowały się na uszu, nosa, oczu, wszędzie i żarły też przez ubranie. Blech blech blech. A potem z nimi jechaliśmy 250km do Darwin bo do samochodu też się wchrzaniły! Dla zobrazowania tego koszmaru zdjęcie podłogi namiotu, który zamknęliśmy i złożyliśmy tamże, a rozłożyliśmy wieczorem gdzie indziej (wszystkie czarne kropki to komary)

Jedyną rzeczą, która co jakiś czas odwracała nasza uwagę od komarów był nietoperz, który mieszkał sobie na drzewie nad samochodem i miał ze dwa metry rozpiętości skrzydeł, w związku z czym jego ruchy przypominały łopotanie żagla na omedze.

Darwin – praktycznie nic się nie da powiedzieć o tym miasteczku (choć na ich standardy to metropolia – 1/3 mieszkańców całego Terytorium Północnego, czyli 70tys.) Mają linię obrony przeciw inwazji morskiej (chyba przed wściekłymi delfinami ;))

I zajebiście fajne biuro KPMG

Zaoszczędziwszy czasu na zwiedzanie postanowiliśmy zahaczyć o kolejny park. Tym razem padło na Litchfield, który stoi pod znakiem wodospadów

Pod niektóre można podpłynąć, choć nie jest to łatwe

Pierwsza kolacja, ognisko i rybka pieczona na ruszcie (genialna – przyp. Małżonka)

Zapach pieczeni przyciągnął nawet okoliczne duchy

Drugi wieczór to nasza pierwsza (i zarazem ostatnia) próba mięsa kangura. No nie smakuje to jak kurczak, raczej jak słodkawa wołowina z posmakiem wątróbki. Plus trochę głupio człowiekowi, jak przewraca steki, a inny kangur się na Ciebie gapi (ze smutnym wyrazem pyszczka ;)) Małżonka z wyrzutów sumienia dostała sra rozwolnienia na następny dzień 😉

Ostatnią atrakcją były pola termitów. Podobno termity wyczuwają pole magnetyczne ziemi i stawiają swoje budowle południkowo (albo równoleżnikowo), tylko nikt nie wie po co (pewnie ktoś wie, ale nie chce mi się odpalać wikipedii ;))

Niektóre są całkiem spore

A niektóre po prostu gigantyczne

I surowy krajobraz

Na koniec, najbardziej odjechany samochód do ciągnięcia przyczepy kempingowej (proszę zwrócić uwagę na instalację browarniczą na pace ;))

Takiemu bezdroża niestraszne 😉

Trawnikowe wzgórze

Wrzesień 14, 2011

A dokładniej Park Narodowy (znowu) Lawn Hill. Nazwa trafna co do wzgórza, mocno chybiona co do trawników. Ogólnie czerwona rozpadlina pośród czerwonych skał (znowu). Fajny kemping w fajnej okolicy ze spieprzonym systemem rezerwacji (a bez bukingu się nie dało). Każdy, obojętnie czy przez internet czy telefon dostawał miejsce numer 16. My jako pierwsi przepychaliśmy się z jednym mało uprzejmym brytolem, który stwierdził, że ma największe prawo do 16-tki, bo jego nazwisko jest na „oficjalnej liście” rangerów (tego, że to jego nazwisko już nie udowodnił ;)) Uczynni kempingowicze poradzili zapytać rangera w biurze. Niestety na miejscu wskazanym przez tablicę informacyjną były tylko 4 paliki i pomarańczowa taśma oznaczająca przyszłą budowę, choć biuro miało być czynne od maja 2010. Dobrze, że był tam znak kierujący do starego biura. Problem, że stare biuro od maja 2010 było nieczynne. Lenie, smierdzące 😉

Olaliśmy miejsce 16-te i rozbiliśmy się zaraz obok. Po godzinie przyjechała za to para Niemców, tez reflektujących na to miejsce. Również rozbili się obok. Po jeszcze jednej takiej akcji przyjechali kolejni turyści, tym razem miejscowi, tym razem z rezerwacją na miejsce gdzie my się rozbiliśmy. No to pełna ściema, że też dostaliśmy to miejsce i że niech sprawdzą na liście, które są wolne i tam się rozbiją. I po co to całe przydzielanie? Następnego ranka kolo z 16-tki zrezygnował i pojechał na jakiś bardziej odległy i niezamieszkany kemping 😉 zostawiając tym samym najbardziej pożądane miejsce na kontynencie. A my wybraliśmy  się na spacer. Co ważne wychodząc na taki bushwalking należy wg zaleceń Parku zabrać mniej więcej tyle wody ile się waży. Bez tego spacer powyżej 4 godzin jest ekstremalnie niebezpieczny, bo np. nie możesz się wykąpać 4 razy i podlać 83 drzew eukaliptusa itd. Do tego jeszcze najlepiej zabrać miejscowego przewodnika, bo ścieżka jest bardzo zdradziecka 😉

A rzeczywistość jest spokojna, bezpieczna i jak zwykle malownicza.

Jeszcze bardziej z perspektywy

Zaraz na początku spaceru, ciekawostka

Przypominam, że jesteśmy w środku kontynentu, więc małże są tu jak najbardziej nie na miejscu. Okazuje się, że te okolice były ulubioną jadłodajnią Aborygenów przez kilka tysięcy lat i było tu coś w rodzaju morza. Widoczne na zdjęciu pozostałości, mają co najmniej 3 tys. lat i walają się dosłownie wszędzie. W ramach żywej pamiątki są ryby w symbolicznych kataraktach (z braku wody katarakty nieczynne, najbliższe czynne katarakty w Bydgoszczy)

Musiały być głodne, bo dało się je zanęcić patykiem albo pokrojoną dziką figą

Ale nie o tym… Jak już wspomniałem było malowniczo

I niebezpiecznie (może nie wygląda, ale te głazy były 120cm nad ziemią, a ziemia cała do góry nogami, jak nie wierzycie to poszukajcie globusa)

Ogólnie dzień upływał nam na szwędaniu się w górę i w dół. Cały teren jest usiany „wyspami” skalnymi

Jest też sporo ciekawych eksponatów miejscowej flory, od oryginalnych kwiatów

Poprzez mistrzów przetrwania

Aż po trochę niepokojące „krwawiące” drzewo

Dobrze, że u nas takie nie rosną, bo Super Express by nie nadążył z odnotowywaniem kolejnych cudów 😉

Korzystając z zachodzącego słońca wybraliśmy się na wzgórze zachodzącego słońca, by stwierdzić, że nie jest to dobre miejsce na robienie zdjęć zachodzącego słońca, bo nic ciekawego na nich nie ma oprócz zachodzącego słońca, które samo w sobie nie do końca jest ciekawe 😉 Za to po drodze upolowałem swojego pierwszego węża. Prawdopodobnie był jadowity, ale nie dane mu było nas o tym przekonać, ponieważ przez nieuwagę został rozdeptany. Połowa wciąż się ruszająca podążyła w stronę Małżonki, ale z powodu braku znaczącej części ogona nie była w stanie nikomu zagrozić. Druga połowa padła pewnie łupem łapczywie łypiącej łokiem płapugi kłakładu 😉 (nadużycie ł w powyższym zdaniu miało na celu humorystyczne złagodzenie wrażenia drogich czytelników, że mają do czynienia z nikczemnym niszczycielem środowiska naturalnego)

Jak wcześniej wspominałem pod słońce się nie dało, ale ze słońcem efekt kolorystyczny był więcej niż zadowalający

Tutaj w tle powinno polecieć coś bardzo o miłości i bardzo disco-polo

Jakbym miał włosy na karku (plerezę – przyp. aut.) to nawet Country&Western by przeszło 😉

Zmęczeni natłokiem wrażeń zasiedliśmy do kolacji, podczas której towarzyszyły nam wycia dingo i szczekanie sów. Tak, tak, okolica jest tak bardzo w d…, że oficjalnym zwierzęciem, którego odgłos nazwiemy szczekaniem, jest sowa 😉 Plus rozgwieżdżone niebo nad głową, ponieważ postanowiliśmy nie rozbijać tropiku (a raczej skaliste podłoże postanowiło za nas ;)) a komora namiotu była z moskitiery. Super sprawa.

Rankiem wybraliśmy się na spacer (podobnie jak w dniu poprzednim pełen niebezpieczeństw) wzdłuż kanionu.

tam za nami, normalnie rozpadlina i czeluść…

Bardzo fajne miejsce na kajakowanie, ale kajaki wypożyczali tylko emeryci, to jakoś tak nie wypadało 😉

Za zakrętem dotarliśmy do całkiem fajnych wodospadów z przystanią i kąpieliskiem i …

zakazem kąpieli z powodu mgliście definiowanego podejrzenia, że gdzieś tu mogą się czasami czaić forfitery

Dla przypomnienia forfiter musi mieć przynajmniej cztery stopy

Jak można się domyślać największe gady w okolicy miały trochę mniej

Przyszedł czas jechać dalej. Po drodze mieliśmy jeszcze zawadzić o mocno rozreklamowane pole archeologiczne (największe udostępnione turystom w Australii) ze skamielinami megastrusia i gigaforfitera

To niestety tylko artystyczna (czy ja to nazwałem artystyczną?) wizja tych mitycznych stworzeń, ale apetyt na skamieliny został skutecznie zaostrzony. Napięcie podniosły uczone tablice

I tyle

Była to największa z 3 (słownie trzech) skamielin widocznych w tym miejscu, wcale więc nie dziwiło, że parking wyglądał następująco

Jedyną prawdziwą atrakcją był kibel jaskiniowców

Nie pozostało nic innego jak odgrodzić się od tego wszystkiego zaporą wodną o znaczeniu strategicznym

która co prawda zasiała w nas pewne obawy, ale okazała się zbyt słabym przeciwnikiem dla naszego pojazdu zwiadowczego

I znów rozpostarły się przed nami czerwone drogi

Gorzej, że nie pozamykaliśmy okien i po kilkuset kilometrach mieliśmy równie czerwono w samochodzie 😉